KWARANTANNA TO NIE POCZEKALNIA
Z dnia 8 kwietnia 2020
0

Świat się zatrzymał, i niewątpliwie czujemy to w każdej komórce swego ciała. Zalewają nas tragiczne wiadomości z wielu zakątków świata, ale i mnóstwo tych dobrych, świadczących o piękne ludzkiego serca i potędze miłości. Kołyszemy się między nimi, szukamy najlepszego sposobu na „przetrwanie”, wyśmiewamy czyjś strach, udajemy obojętnych porównując statystyki zgonów, albo denerwujemy się ludzką głupotą, która zdaje się nie mieć końca. Pomagamy sobie, wspieramy. Dajemy się manipulować mediom i szukamy Prawdy. Przeklinamy rząd, oskarżamy, podnosimy głos… I to wcale nie oznacza, że nie mamy rację, owszem, mamy, bardzo często! Bo choć i tak w głębi serca wiemy, że złem nie zwyciężmy, atakujemy siebie wzajemnie. Dryfujemy gdzieś pomiędzy lękiem a zaufaniem, nadzieją a beznadzieją, złością a spokojem. Kiedyś niezauważający siebie i obojętni – dziś szukamy pocieszenia i bliskości.
Całe poczucie bezpieczeństwa, które zdaliśmy się czerpać z dobrej pracy, ukochanej osoby, komfortu życia tudzież ustalonych rytmów codzienności tak nagle legło w gruzach. Padamy na kolana i zaczynamy się modlić. Niektórzy może pierwszy raz w życiu… Stresowała nas inna wizja świąt, bo nie było święconki, tradycyjnych sprzeczek w rodzinie, czy mamusi, która wszystko za nas zrobi. Obawialiśmy się, że w czasie Wielkanocy hałasu w naszych sercach nie wypełniła pusta rozmowa przy stole, z jedzeniem w roli głównej. Przerażało nas, że w tym roku w Wielki Piątek centralnym wydarzeniem była śmierć… I nie tylko śmierć chorych na koronawirusa…
Działamy w trybie awaryjnym, patrzymy na siebie na ulicy z dziwnym niepokojem, złością, bądź ze współczuciem. Pewni, że mieliśmy całkowitą władzę nas swoim życiem, odczuliśmy globalnie swoją małość oraz bezsilność. Przekonani o tym, że przecież wszystko przed nami, że jeszcze mamy czas… konfrontujemy się z tym, co by było… gdyby jutra NIE BYŁO… Nieustannie popędzani, nakręcani, niecierpliwi… Teraz gdy tak wiele zostało nam zabrane, wychodzą na światło dzienne lęki, nieuporządkowane relacje, niedokończone sprawy, a z serca wypływają pragnienia… A my wciąż czekamy na koniec pandemii, jakby zewnętrzna zmiana okoliczności wyczarowała nam swoją magią niczym niezmącony, dawny „spokój”!
Nie zamierzam nikomu dawać trywialnych rad, jak się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Wierzę, że odpowiedź każdy odnajdzie we własnym sercu. Jeśli tylko zechce.
Chciałabym natomiast podzielić się z Wami kilkoma refleksjami.
Już w pierwszych dniach kwarantanny, obserwowałam bardzo skrajne postawy w obliczu tej sytuacji. A czy samej nie zdążyło mi się przyjąć którejś z nich? Zapewne nieraz. Czy coś w tym złego? Może też niekoniecznie!
Jest jednak sposób MYŚLENIA, który, wyjątkowo, jestem przekonana, wyrządza nam więcej szkody niż pożytku. A mianowicie, wspomniane wyżej oczekiwanie, z wielkim jękiem, niewdzięcznością i niezgodą na ten jeden upragniony moment – kiedy to się wszystko skończy!! Zachęcanie innych do tego, by planować, co zrobimy, gdy wyjdziemy z izolacji… Ile cudownych chwil przed nami, ile niewypowiedzialnych słów do nadrobienia, ile nowych miejsc do zwiedzania, ilu ludzi do przytulenia… Keep smiling culture.
„Wszystko będzie dobrze!” – Skąd masz taką pewność?
ALE czy jest coś złego w tym, że staliśmy się bardziej wdzięczni?
Że uświadomiliśmy sobie, że NIGDY w pełni nie zabezpieczymy swojego życia intelektem, czy najlepszą pracą?
Że konfrontując się z lękiem przed śmiercią, pragniemy żyć i kochać?
Że doceniamy po STRACIE?
Że ostatecznie to nie zdrowie jest najważniejsze?!
Że w końcu mamy czas na ciszę, rozmowę, czy modlitwę?
Że uświadomiliśmy sobie, że wcale NIE jesteśmy wierzący!… Pomimo tego, że praktykujący…. Bezrefleksyjnie pobożni, trzymający się prawa i BOZI, i paciorka przed snem!
Że już nie chcemy tak biec bez celu?
Że wierzymy, iż po burzy wychodzi słońce?
Że chcemy zrzucić maski fałszywych uśmiechów, że już najwyższy czas ZERWAĆ toksyczne relacje i zacząć iść za tym, czego naprawdę pragniemy…
Że już nie chcemy odkładać życia na specjalne okazje….
Ani swoich marzeń na półkę, bo przecież mogą się nie spełnić…
Ani uczuć, bo mogą ujawnić długo skrywaną tęsknotę…
Ani ludzi, bo mogą znowu odejść…
I czy to oznacza, że jestem masochistą, dodatkowo czerpiącą jakąś korzyść ze światowej pandemii?
Czy nie poniosłam żadnej straty, czy nie odczułam żadnego bólu z powodu tego, co się dzieje?
Odpowiedz jest naturalnie – retoryczna.
W jednej chwili, z powodu epidemii, legło w gruzach coś, co było dla mnie niezwykle ważne, na co czekałam kilka długich miesięcy… Nieoczekiwanie się rozsypało. I to był szok. Ale wiem, że to nie koniec, nie chcę się poddawać. Wiem też, że ostatnie Słowo należy do Boga. Jeśli On zechce, budowla powstanie na nowo. Natomiast ja, przerażona, po kilku dniach frustracji i strachu, postanowiłam ZAAKCEPTOWAĆ tę sytuację i świadomie uczyć się żyć w nowej rzeczywistości. Postanowiłam zadbać o siebie (psychicznie, fizycznie i duchowo) i zmieniać to, na co mam wpływ – a więc póki co własne myśli oraz działanie. Nie sztuką jest dbać o odporność organizmu, a zaniedbywać własną duszę. Czy odwrotnie! Potrzeba zdrowego dystansu i harmonii. Częściej sięgam po Biblię i więcej się modlę. Za wszystkich, za cały świat. Nie tylko o zakończenie pandemii, ale także o to, by ludzie się opamiętali i poznali Jezusa, który może przemienić łzy w radość. Szukam Jego mądrości, ale nie tylko by jakoś przetrwać. Przede wszystkim, by przyjąć ten czas i sensownie go wykorzystać. Muszę zmierzyć się na nowo z wieloma trudnymi uczuciami, ale nie uciekać. Bo uczucia są jak fala – przypływają i odpływają – jeśli tylko nie uciekniesz przy pierwszym zbliżającym się sztormie. Dodatkowo dochodzi troska o życie i zdrowie swoje, oraz bliskich, oraz konfrontacja z pytaniem, czy niczego w życiu nie żałuję? Wyzwanie samotności, która daje się we znaki szczególnie wtedy, gdy świat zasypywany jest radosnymi zdjęciami rodzin, które przecież w końcu mają dla siebie czas… albo radami jak konstruktywnie spędzić czas z dziećmi, czy pogłębić relację z ukochaną osobą. Obawa, generalnie, o szeroko rozumianą, dla każdego inaczej – obecną sytuację życiową.
Pomimo tego wszystkiego, jestem przekonana, że upragniony koniec nie uratuje nas z opresji. Zmiana bowiem, zaczyna się w nas SAMYCH.
I w żaden sposób nie deprecjonuję dramatu, jaki rozgrywa się teraz w wymiarze globalnym. Bo przecież dotknął także mnie. Dotyka każdego z nas, mniej lub bardziej. Albo dotknie. Boli mnie widok pustych Kościołów. I wzrusza Jego troska o cierpiących, pogrążonych w smutku i lęku. Boję się, że może umrzeć ktoś mi bliski, że mogę go już nie zobaczyć. Współczuję lekarzom, pielęgniarkom, ale i kapłanom, i wszystkim, którzy są teraz sami. Tęsknię za Eucharystią. Tęsknię za normalnym wyjściem z domu, za zwykłą kolejką w sklepie. Tęsknię za bliskimi ludźmi, zaczyna mi brakować wielu aktywności. Serce mi pęka, gdy patrzę na Italię, czy ukochaną Hiszpanię… Na puste ulice pięknej Barcelony i dramat, jaki przeżywają MOI znajomi. A oni, wydają się, mieć, momentami więcej nadziei i wiary w sens, niż moi rodacy, którzy zadanie dodatkowe z HEJTU oraz ZAWIŚCI, „odrobili” zdecydowanie lepiej niż ubodzy Meksykanie. Uczę się od nich pogody ducha i radości pośród przeciwności! Wdzięczności za każdą chwilę, odwagi i szczerości.
Zmiana bowiem zaczyna się od nas samych. Jestem przekonana o tym, że wszystko ma jakiś sens. Wszystko jest po coś. Mogę nadać SENS bezsensowi. Nikt tego nie zrobi za mnie! Ani najlepszy psycholog (choć warto przecież korzystać z pomocy!), ani przyjaciółka, ani sam Bóg. Wybór należy do mnie. Zmiana zaczyna się od AKCEPTACJI. Jeśli nie zaakceptuję tego, co się dzieje, NIC się nie zmieni, nawet jeśli pozornie, wszystko wróci „do normy”! A dobrze wiemy, że już nie będzie tak samo.
Dlaczego nic się nie zmieni?
Bo TY SAM nic nie zmienisz!
Bo znajdziesz się już w nowej rzeczywistości, ale nie odrobiwszy TEJ lekcji, znowu zaczniesz narzekać na kolejne przeciwności losu i czekać na kolejną zmianę.
Bo nie przeżyłeś do końca tego, co jest TERAZ… Samotności, frustracji, czy złości. Smutku, tęsknoty… czy żałoby. Bo po raz kolejny się poddajesz, tchórzysz i chcesz uciekać… Byle tylko nie podjąć decyzji. Byle tylko nie CZUĆ, byle nie usłyszeć ciszy. I siebie. I własnego serca…
Kwarantanna to nie poczekalnia! Choć może być dla kogoś torturą, czy więzieniem. (A wiem, że są też i tacy, którzy czerpią korzyści na ludzkiej biedzie….) Tego nawet nie skomentuję.
Od Ciebie zależy, czy MENTALNIE będziesz nadal tkwił w więzieniu, czy nadasz mu jakiś SENS. Jaki? Nie wiem. To już zależy od Ciebie. I to wcale nie musi być pozytywne nastawienie, do którego jesteśmy przecież wciąż zachęcani. Może to będzie właśnie wielki kryzys… który ostatecznie zaprowadzi Cię na nowe, wspaniałe ścieżki życia! Może jakiś głód sprawi, że zaczniesz szukać czegoś więcej i Twoje życie naprawdę wspaniale się odmieni!
A może to będzie po prostu kurs języka obcego, ciekawe webinarium, na które nigdy nie miałeś czasu, czy nauka organizacji pracy i zarządzania czasem. A może właśnie złapanie oddechu od wszystkich aktywności, czy otwarcie serca na potrzeby innych. Ten czas można wykorzystać tak bardzo produktywnie!
Chrześcijanin może szukać tego sensu u Boga, do czego zachęcam. Szczególnie teraz, gdy znowu przypomnieliśmy sobie, że Pan Zmartwychwstał! Wiemy, że On zwyciężył i my też możemy w Nim zwyciężać! 

ŻADNE oczekiwanie na zmianę nie jest poczekalnią!
Jeśli nie jesteś szczęśliwy, bo ciągle na coś czekasz… Tracisz cenne minuty, godziny, dni, a może lata swojego życia! Zacznij żyć (pomimo braku)! Albo sięgnij w końcu po to, czego pragniesz. Bo może się okazać, że się po prostu… Nie doczekasz.
Bo życie trwa.
Tu i teraz.
Nie przyspieszysz życia. Nie da się przyspieszyć przecież biegu rzeki, czy wschodu słońca…
Bo wszystko ma swój czas… Naprawdę wszystko.
Wiem, że pomimo zmiany okoliczności, mogę trwać w pokoju. Nie w „świętym” spokoju, egoizmie i obojętności na krzywdę ludzką.
W pokoju serca, które ufa jak dziecko. W nadziei, że Bóg może w każdej chwili ODMIENIĆ mój los. W pewności, że On to uczyni (w Jego czasie)! Ja jednak muszę wykonać swoje 100%, podjąć wysiłek i nie czekać bezczynnie i naiwnie na gwiazdkę z nieba.
Wierzę, że pomimo zmiany okoliczności, Bóg się nie zmienia. Wciąż Jest, i pragnie nas pocieszać i dodawać odwagi. Wciąż pragnie nam błogosławić. Wciąż pragnie czynić swoje WIELKIE RZECZY! Tak, właśnie teraz!!
Dlatego nie zamierzam zachęcać Cię ani do świętego spokoju, ani do twórczego niepokoju, ani do smutku, ani do radości!
To Twoje życie. Twoja sytuacja. Twoje uczucia, radości, rozczarowania, czy frustracje…
Tylko przeżyj je do końca… Nie uciekaj od serca… Tam, w ciszy, możesz odnaleźć wiele odpowiedzi.
A potem planuj, pracuj, kochaj, walcz!
Podróżuj palcem po mapie – ja tak robię 

Bo kocham podróże i chciałabym, by piękny świat jak najmniej ucierpiał! Choć wiemy, że natura radzi sobie doskonale bez nas.
Nie zamartwiaj się bezczynnie – troszcz się czynnie 



Bo świat się zatrzymał – ale Ty możesz dalej żyć. W tym zatrzymaniu. Nawet pośrodku tragedii, wśród łez, na pustyni samotności. Możesz czuć się bezsilny w swoim krzyżu. Pośród okruchów dobra i zachwytu wiosną. Życie wciąż trwa. A Ty możesz oddychać i nie zmarnować tej szalenie cennej lekcji, którą obdarowuje Cię los. I może zdanie z piosenki Tomka Makowieckiego, że najlepsze wciąż musi przyjść…wcale nie jest takie naiwne! 

Bo dziś, 8. kwietnia, na tym samym świecie, po drugiej stronie globu, w Kolumbii, w samym środku pandemii, w Wielkim Tygodniu… przyszedł na świat Juan Diego – synek mojej przyjaciółki.
Dostałam jego zdjęcie kilka godzin po tym, jak prosiłam Boga o pocieszenie i prowadzenie w pewnej sprawie.
Przypadek?
Juan Dieguito… Wielkie wzruszenie. Po siedmiu latach walki, leczenia i modlitwy… Wypełniło się Słowo Boże, nadszedł czas i Pan odmienił ich los! Potężna moc zawierzenia Maryi. Wielkie świadectwo wiary i cierpliwości! Zdarzył się CUD i ten cud oświetla dziś mój dzień! I dodaje NADZIEI, że dla Boga naprawdę nie ma NIC niemożliwego! 

Bo prawdziwia miłość może się narodzić się w każdym miejscu, i o każdej porze. I nigdy nie ustaje. Nigdy nie umiera. Zawsze zwycięża.
Wpis pochodzi z bloga Obdarowana
- Reklama -